Kartka z kalendarza: Damian Grabowski wygrywa cztery walki jednego wieczoru

Jeden z głównych pionierów mieszanych sztuk walki (MMA) w naszym kraju, pochodzący z Opola Damian Grabowski dokładnie 11 lat temu w Austrii wygrał pierwszy w historii 16-osobowy turniej wagi ciężkiej w Europie. Do Polski wrócił bogatszy o 15 tysięcy euro!

Piotr Jankowski

Na turnieju w Wiedniu obowiązywały niespotykane dotąd zasady. Walka musiała zakończyć się nokautem, albo poddaniem – nie było decyzji sędziowskich. W imprezie wystartowali najlepsi zawodnicy wagi ciężkiej w Europie. „Pitbull” był jedynym Polakiem, który podjął rękawicę i wystąpił w tej imprezie. – Cztery walki w wadze ciężkiej w jednym dniu, zapisywane do profesjonalnego rekordu skutecznie odstraszyły innych kandydatów – mówi nasz zawodnik. – Poza tym były dość twarde zasady. Można było używać prawie wszystkich technik ze sportów walki, łącznie z uderzeniami łokciem w głowę, a po dwóch pięciominutowych nierozstrzygniętych rundach, następowała trzecia bez limitu czasowego. W niej można było wygrać tylko przez nokaut, bądź poddanie przeciwnika. Tak padł rekord długości walki MMA w Europie, bo jedno ze starć trwało półtora godziny – wspomina.

W turnieju obowiązywała drabinka pucharowa – ten kto wygrywał, przechodził do następnej rundy. Grabowski, który swoją karierę mieszanych sztuk walki rozpoczął dwa lata wcześniej nie był jeszcze typowym zawodnikiem wagi ciężkiej. Ważył bowiem w okolicach 100 kilogramów, a tacy zawodnicy często podejmują się ścinania wagi do kategorii półciężkiej (do 93 kg). Walczył z o wiele cięższymi przeciwnikami, a wygrywał dzięki swojej świetnej technice w parterze. – Mój plan na ten turniej był taki, że każdego swojego przeciwnika przewrócę i w parterze się z nim rozprawię. Czyli planowałem robić to, co umiem najlepiej. Wydaje mi się, że wtedy był mój najlepszy okres jeśli chodzi o grę parterową – kontynuuje.

Jak planował, tak zrobił. Dwie pierwsze walki zakończył szybko, a sędzia po gradzie ciosów spadającym na głowę rywali przerywał pojedynki. Co warte podkreślenia, dwaj pierwszy rywale ważyli ponad 120 kilogramów. Jednym z faworytów turnieju był Lincoln Rodriguez – Brazylijczyk, który mieszkał i trenował właśnie w stolicy Austrii. Nie miał on jednak większych szans z Damianem, który zmusił go do poddania po założeniu dźwigni.

W finale poprzeczka była powieszona bardzo wysoko. Grabowski mierzył się w nim z uznanym i niezwykle doświadczonym Miodragiem Petkoviciem, który przed starciem z nim mógł pochwalić się bilansem 24 zwycięstw i ośmiu przegranych. – Miałem już doświadczenie jako zawodnik skazywany z góry na przegraną. W swoim trzecim zawodowym starciu zmierzyłem się z Dionem Staringiem, jednym z najlepszych zawodników wagi ciężkiej tamtych czasów. Udało mi się go pokonać i taki sam cel był w tej walce. Petkovic nie zagroził mi jakoś szczególnie, ale był niezwykle twardy. W pierwszej rundzie wyprowadziłem chyba najwięcej celnych ciosów w karierze, a on nadal walczył! W drugiej rundzie udało mi się założyć duszenie, a Serb poddał się i odklepał – wspomina.

Turniej miał tylko dwie edycje. W drugiej triumfatorem okazał się Konstantin Głuchow, którego Grabowski pokonał kilka lat później w organizacji M-1 Global, której był mistrzem. Kolejne imprezy się już nie odbyły, bowiem na organizatorów spadła duża krytyka. Stoczenie czterech walk MMA jednego dnia było bowiem sporym zagrożeniem dla życia i zdrowia zawodników.

Dzięki temu zwycięstwu opolanin, jak sam przyznaje, rozpoczął prawdziwą karierę. Został zauważony przez organizację do dziś uważaną za ścisłą czołówkę światową. – Dzięki temu zwycięstwo zrobiło się o mnie bardzo głośno. Taki turniej był zupełną nowością. W gazetach pisali, że Polak wygrał, a ponieważ wszystko działo się w Wiedniu, pojawiały się skojarzenia z historią i obroną Wiednia przez Polaków. W amerykańskiej organizacji Bellator wychwycili to całe zamieszanie i zaproponowali mi walkę w turnieju wagi ciężkiej i dwuletni kontrakt – opowiada.

W Bellatorze stoczył trzy walki, wygrywając dwie z nich. Co warte podkreślenia, po raz trzeci, a zarazem ostatni w Bellatorze walczył zaledwie siedem dni po walce na gali w Polsce. Świetne występy zarówno w naszym kraju, jak i za Oceanem zaprocentowały. Grabowski podpisał kontrakt z rosyjską organizacją M-1 Global, gdzie zdobył mistrzowski pas. Później w wieku 35 lat spełnił swoje marzenia i podpisał kontrakt z absolutnym światowym liderem – UFC, gdzie podobnie jak w Bellatorze stoczył trzy walki. Po raz ostatni w klatce był widziany w maju 2019 roku, kiedy to pokonał w drugiej rundzie po totalnej dominacji byłego mistrza KSW – Karola Bedorfa.

Po tym świetnym starciu miał wystąpić na kolejnej gali polskiej organizacji, by zdetronizować czempiona – Phila De Friesa. Do walki jednak nie doszło, bowiem Damianowi w trakcie przygotowań coraz bardziej zaczął przeszkadzać uraz ręki, z którym zmagał się od lat. Zdecydował się ją wyleczyć i powrócić do organizacji później. Niestety z niewiadomych powodów organizacja do teraz nie odezwała się do byłego najlepszego europejskiego ciężkiego, który mimo, że w maju będzie świętował 40. urodziny, to jest gotowy trochę jeszcze napsuć krwi młodszym przeciwnikom.

Na zdjęciu Damian Grabowski, który mimo swoich wielkich umiejętności w parterze nigdy nie ustępował rywalom także w stójce. Fot. Archiwum własne