Aleja Gwiazd Odry Opole: Antoni Piechniczek

Era Antoniego Piechniczka w Opolu była czasem, w którym Odra była w stanie pokonać Legię Warszawa czy Lecha Poznań na ich własnych stadionach. I to różnicą wielu bramek. To właśnie z nim na ławce trenerskiej otarła się w 1979 roku o mistrzostwo Polski.

Piotr i Marek Jankowscy

Jest to artykuł specjalny. Prezentowane dotychczas sylwetki Zbigniewa Guta i Engelberta Jarka były pisane na podstawie wspomnień czy też zachowanych do dziś artykułów. Trenera Antoniego Piechniczka mieliśmy zaszczyt odwiedzić i powspominać piękne lata 70., w których to tato (Marek) miał przyjemność dopingować zespół prowadzony przez najlepszego trenera w historii Odry Opole.

Skazany na piłkę

Na świat przyszedł 3 maja 1942 roku w dzisiejszej dzielnicy Chorzowa – Batorym. Było to miejsce, w którym wówczas rodziło się wielu zdolnych piłkarzy. Jego sąsiadem był ówczesny napastnik reprezentacji Polski – Gerard Wodarz.

Młody Antoni swój pierwszy piłkarski mecz zobaczył jeszcze w wózku. Zafascynowała go nie tyle co piłka, a sama murawa. Nikt nie zakładał wówczas, że wkrótce to on będzie po niej biegał, stając się m.in. mistrzem Polski z Ruchem Chorzów czy trzykrotnym reprezentantem Polski. Na mecz zaprowadziła go babcia, która była jedną z najważniejszych osób w jego życiu. – Wychowały mnie mama i babcia, byłem ich oczkiem w głowie, ale mnie nie rozpieszczały. To był rygor domu przestrzegającego dwie kamienne tablice – wspomina Pan Antoni.

Związki ze sportem miał tak naprawdę zapisane w swoim drzewie genealogicznym. Wujkowie trenera Piechniczka byli jednymi z założycieli Ruchu Chorzów w 1920 roku. – Nazwa „Ruch” nie wzięła się ze zjawiska fizycznego, tylko z ruchu narodowo-wyzwoleńczego jakim niewątpliwie było Powstanie Śląskie. W tym właśnie roku wybuchło drugie powstanie śląskie i przy tej okazji znalazła się spora grupa patriotów, która założyła malutki klub sportowy – kontynuuje.

Kilka lat później właśnie babcia zabierała młodego piłkarza na mecze chorzowskiego zespołu. Spodobał mu się ten sport i zaczął sam uczęszczać na mecze. Sąsiedztwo wspomnianego wcześniej Gerarda Wodarza też miało spory wpływ na miłość do piłki nożnej. Tylko, że wspominanie jedynie o nim jest dość sporym niedopowiedzeniem. – Muszę przyznać, że akurat miałem ogromne szczęście, iż na przestrzeni kilku kilometrów kwadratowych od mojego domu mieszkali inni znani piłkarze tacy jak: Cieślik, Wyrobek, Bula czy Drzewiecki – śmieje się dwukrotny selekcjoner reprezentacji Polski.

Pamiętać należy również, że gra w piłkę nożną w tamtych czasach była jedną z największych szans życiowych. Rozwój umiejętności piłkarskich i gra w coraz to lepszych klubach wiązała się ze wzrostem popularności, lepszymi pieniędzmi i co też ważne – była także okazją na zwiedzenie świata. Wówczas nie było to łatwe, a reprezentowanie klubu, bądź też gra w reprezentacji zdecydowanie to ułatwiała.

Młodociany bohater

Antoni Piechniczek w koszulce chorzowskiego zespołu.

Antoni Piechniczek w koszulce chorzowskiego zespołu.

Swoją piłkarską przygodę rozpoczął w Zrywie Chorzów, by później reprezentować m.in. Ruch Świętochłowice czy Naprzód Lipiny. Walczył wówczas wraz z klubem z Lipin o awans do I ligi, jednak ich gra w najwyższej klasie rozgrywkowej nie była czymś, czego oczekiwali ówcześni działacze I ligowi. Byli przez to wielokrotnie oszukiwani przez sędziów. Gdy włodarze Naprzodu zdecydowali się pojechać do Warszawy, usłyszeli – A po co w Lipinach ekstraklasa? Wy przecież nawet dworca kolejowego nie macie.

Klub był najbliżej awansu w 1961 roku, kiedy to Pan Antoni rozgrywał swój pierwszy sezon w seniorskiej piłce. Ostatecznie w historii nigdy im się to nie udało, głównie dlatego, że klub nigdy nie należał do najbogatszych. Symbolem biedy był chociażby fakt, że piłkarze po treningach żeby wziąć prysznic, musieli jechać do pobliskiej huty, gdzie były natryski. W ich obiekcie sportowym nikt nawet o tym nie marzył.

Antoni Piechniczek bardzo miło wspomina okres w Lipinach, jednak nadal ma spory żal wobec tego, jak ten klub był traktowany. – Mieliśmy naprawdę świetną drużynę, ale  byliśmy niemiłosiernie krzywdzeni przez sędziów – mówi. – Działacze Naprzodu jeździli z pretensjami do Warszawy, ale nic nie wskórali. Chyba uznano, że w interesie ligi lepiej żeby awansowała Gwardia Warszawa i klub ze Szczecina Pogoń lub Arkonia – dodaje. I tak też było.

Podczas jednego ze spotkań II-ligowych kibice w końcu nie wytrzymali. Byli gotowi rzucić się na głównego arbitra, którego przed publicznym linczem uchronił właśnie trener Odry z lat 1975-79. – Byłem młody, miałem około 18 lat i wiedziałem, że to nie będzie dobre dla nikogo, jak kibice pobiją sędziego, który też jest tylko człowiekiem. Wziąłem go pod pachę i schowałem przed kibicami, którzy kierowali w jego stronę okrzyki. Na szczęście obyło się bez większych awantur – wspomina.

I tak marzenia o meczach z Legią, Górnikiem czy innymi czołowymi polskimi zespołami brutalnie legły w gruzach. Po odejściu Antoniego Piechniczka, rozpoczynającego wtedy swoją zawodową karierę, klub szybko spadł z ligi i na tak wysokim szczeblu już nigdy więcej nie zagrał. Świętujący w tym roku 100-lecie zespół z Lipin występuje obecnie w rozgrywkach A-Klasy, a Pan Antoni był jednym z honorowych gości podczas tej uroczystości.

Drogi z Odrą lubiły się przecinać

Siedziba klubu przy Oleskiej przed laty.

Siedziba klubu przy Oleskiej przed laty.

W wieku 17 lat rozegrał pierwszy mecz w Opolu. Jeszcze jako junior przyjechał do Opola na mecz w barwach Zrywu Chorzów w ramach półfinałów mistrzostw Polski. – Z dworca szliśmy na Oleską na nogach. Już wtedy spodobało mi się to miasto, było można sobie urządzić spacer i zobaczyć wszystko w jeden dzień. Bardzo lubimy z żoną takie miejsca – mówi trener.

Mecze te były bardzo zacięte. Antoni Piechniczek dokładnie do dziś je bardzo dobrze pamięta. – Odra miała wtedy bardzo mocny skład juniorski. Na bramce stał kapitalny Białek, a ja musiałem upilnować Knopka, który był młodzieżowym reprezentantem Polski. W Opolu zremisowaliśmy, a bramkę na wagę awansu do finału… strzeliłem sam – wspomina.

Ruch grał z Odrą, jak równo z równym – w przeciwieństwie do samego finału. W nim zespół Pana Antoniego dosłownie zmiótł Legię Warszawa 5-0. To tylko pokazywało, jak wiele znaczyła opolska piłka. Trener do dziś mówi, że finał został rozegrany wcześniej w dwumeczu – w Opolu i Chorzowie. Wtedy nawet nie pomyślał, że na długi czas zwiąże się z naszym miastem.

Kilka lat później jako piłkarz pokonanej w finale mistrzostw Polski juniorów Legii debiutował w ekstraklasie. Pierwszy mecz i… od razu spotkanie z Odrą, tyle, że przy Łazienkowskiej. W barwach opolskiego zespołu występował wówczas Engelbert Jarek (O NIM PISALIŚMY TUTAJ – KLIK), którego upilnować miał właśnie młody Antoni Piechniczek. Nie było to łatwe, co odzwierciedlił wynik – warszawska ekipa uległa aż 0-3.

Do Opola przyjeżdżał w barwach Legii, jak i później Ruchu Chorzów. – Bardzo miło wspominam wszystkie wyjazdy do Opola. Już wtedy spodobał mi się stadion przy Oleskiej, który miał swój klimat. Zawsze był przytulnym miejscem. Mimo bieżni czuło się kontakt z ludźmi, często było słychać pojedyncze komentarze. Fantastycznie przeżycie – mówi.

Przystanek Opole

Antoni Piechniczek i prowadzony przez niego BKS Bielsko Biała.

Antoni Piechniczek i prowadzony przez niego BKS Bielsko Biała.

Od początku 1975 roku Odra szukała szkoleniowca, który byłby w stanie sprostać wymaganiom kibiców głodnych sukcesów, po efektownych latach z Engelbertem Jarkiem w ataku. Antoni Piechniczek po zakończeniu kariery piłkarskiej w wieku 31 lat, objął posadę szkoleniowca w Bielsku-Białej. Gdy w drugim sezonie prowadzony przez niego BKS otarł się o awans, pewnym było, że trafi do Opola.

Przyjechał tutaj m.in. dzięki dobrze znanemu na Opolszczyźnie dziennikarzowi Stanisławowi Puzynie. To właśnie on zasugerował włodarzom Odry, że w Bielsku-Białej jest młody trener, który świetnie poukładał przeciętny zespół. – Znaliśmy się ze Stanisławem ze studiów, z AWF. Grałem co prawda wtedy w barwach Legii, a on był bramkarzem AZS, ale często chodziłem na jego mecze. Prezes Odry Feliks Gruchała przyjeżdżał do mnie kilkukrotnie, ale swoje auto zostawiał jeszcze przed Bielskiem, żeby nikt nie wiedział, że się spotykamy. Ustaliliśmy, że po sezonie przychodzę do Opola i tak zaczęła się nasza piękna historia – wspomina.

Gdy trafił do Odry, z marszu wygrał rozgrywki i awansował z zespołem do ekstraklasy. Królem strzelców został Wojciech Tyc, który przez całą przygodę trenera Piechniczka w Opolu był jego bardzo ważnym ogniwem. Jego sposób budowania zespołu był wówczas rzadko spotykanym. Kluby bowiem ściągały zawodników do wojska, bądź też na kopalnie. Mowa oczywiście o tych najlepszych, bo tylko takimi byli zainteresowani. Za trenera Piechniczka Odra była klubem, który opierał się na regionalnej młodzieży. – Można powiedzieć, że prowadziłem taką kadrę województwa. Mieliśmy najlepszych piłkarzy z okolic, którzy wiedzieli co to znaczy grać w Odrze. Był to dla nich wielki zaszczyt i honor, dlatego dawali z siebie wszystko. A ja robiłem wszystko, by im pomóc – wspomina szkoleniowiec.

Taki sposób dawał także więcej korzyści. Pozyskiwanie zawodników z całego województwa sprawiało, że kibice z okolicy przyjeżdżali oglądać piłkarzy z ich stron. To właśnie dlatego na stadion przy ulicy Oleskiej często przychodziło ponad 15 tysięcy kibiców. Czasami i 20! – Za to zawsze dziękowałem Jasiowi Śliwakowi, który dbał o naszą przyjezdną młodzież. Mieli oni stworzone świetne warunki i wiedzieli, że dzięki dobrej grze mogą dostać szansę w pierwszym zespole. My naprawdę cieszyliśmy się tym, że jesteśmy ze sobą. Byliśmy wielką rodziną. Żyliśmy tym wszystkim, a tego dziś próżno szukać w wielu klubach – zaznacza Antoni Piechniczek.

W debiutanckim meczu jako trener w najwyższej klasie rozgrywkowej, musiał zmierzyć się z… Legią Warszawa. Z tym spotkaniem wiąże się historia ogromnej pewności siebie warszawskiej ekipy. Przed meczami domowymi trener Piechniczek zabierał piłkarzy do Turawy, gdzie mieli wchodzić w pełne skupienie do meczu. Jako, że granie przy oświetleniu było czymś nowym, zespoły przyjezdne dzień przed spotkaniem miały możliwość potrenować przy jupiterach i przygotować się do gry przy nich. Na stadionie przy Oleskiej czekał na Legię Antoni Piechniczek. Czekał, ale się nie doczekał. Nazajutrz na kawie spotkał się z trenerem z Warszawy, Andrzejem Strejlauem, którego spytał dlaczego nie pojawili się na treningu przy oświetleniu. – Antoś, my jesteśmy drużyną europejskiego formatu. Co to dla nas jakieś światła – usłyszał trener Piechniczek. Po meczu szkoleniowiec Legii humoru do żartów już nie miał, bowiem jego zespół przegrał 1-4.

Ten sezon nie był dla opolskiego zespołu łatwy, część zawodników była nowa i potrzebowała jeszcze ogrania na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Pod koniec sezonu Odrze udało się jednak pokonać w finale Pucharu Ligi w Częstochowie 3-1 ówczesnego wicemistrza Polski – Widzew Łódź. Zwycięstwo to zapewniło podopiecznym trenera Piechniczka start w Pucharze UEFA. Tam trafili jednak na bardzo mocny FC Magdeburg z NRD. W dwumeczu musieli uznać wyższość tego zespołu 2-3, ale opolscy kibice mieli powody do dumy. Ich niedoświadczony na europejskiej arenie zespół, mocno napsuł krwi uznanemu klubowi.

W rozgrywkach ligowych również prezentowali się bardzo dobrze, plasując się na szóstej lokacie. Strata do medalu nie była jednak odległa, a jeśli patrzeć na liczbę zwycięstw – Odra była pod tym względem trzecim zespołem w całej lidze, triumfując w 13 spotkaniach. Zespół poukładany przez Antoniego Piechniczka prezentował się świetnie, rywalizując z najlepszymi w Polsce. W Opolu panował prawdziwy boom na piłkę nożną.

Zabrakło mistrzostwa

Ławka trenerska Odry Opole.

Ławka trenerska Odry Opole.

W ostatnim swoim sezonie sięgnął z Odrą po mistrzostwo jesieni. Coraz głośniej zaczęło mówić się w Opolu o zdobyciu trofeum na koniec sezonu. Odra o ile nie zaczęła dobrze, to z czasem zaczęła siać popłoch w ekstraklasie. Rozegrała wówczas swój najprawdopodobniej najsłynniejszy mecz w historii. Mimo, że po 45 minutach przegrywała z Legią przy Łazienkowskiej 0-2, a chwilę po zmianie stron 1-3, to ostatecznie triumfowała 5-3!

– Ależ to był mecz! Jechaliśmy z chłopakami do stolicy tacy niepewni swego, co było widać w pierwszej połowie. W szatni powiedziałem, że jeśli nic nie zmienimy, to Legia strzeli nam piątkę i z takim wynikiem wrócimy do domu. Spytałem czy tego chcemy. Odpowiedź miałem na boisku, od razu stanęliśmy wyżej i szybko strzeliliśmy bramkę. Kazimierz Deyna grał wtedy swój pożegnalny mecz i grał naprawdę dobrze. Strzelił nam bramkę na 3-1, z daleka wrzucił piłkę „Młynarzowi” za kołnierz. Ależ był wtedy na siebie zły. Na szczęście byliśmy drużyną. Mieliśmy w zespole Alfreda Bolcka, który strzelił trzy bramki. Po jednej dołożyli Wiesiu Korek i Wojtek Tyc. Jesteśmy jedynym zespołem w całej historii polskiej piłki, który strzelił Legii pięć bramek w 45 minut. Mam nadzieję, że wszyscy rozumieją co to znaczy – uśmiecha się Pan Antoni.

Trzy tygodnie później Odra grała swój ostatni mecz w rundzie jesiennej i przy Oleskiej pewnie pokonała Ruch Chorzów 3-1. Bramki dla Odry strzelili niezawodni Zbigniew Kwaśniewski, Roman Wójcicki i Wojciech Tyc. Kibice pragnęli wtedy mistrzostwa, coraz głośniej się o tym mówiło. Niestety, runda rewanżowa tak udana już nie była. – Powinniśmy wtedy wygrać tytuł. Na każdej pozycji mieliśmy kapitalnych zawodników. To się chłopakom po prostu należało – wspomina szkoleniowiec.

Po słabej wiośnie Odra zajęła piąte miejsce w lidze, a trener postanowił podać się do dymisji. To piękna przygoda, która obok lat 60. była zdecydowanie najlepszym okresem w historii opolskiej drużyny. Zespół pod wodzą Antoniego Piechniczka rozegrał swój jedyny mecz w europejskich pucharach i znajdował się w absolutnym topie polskiej piłki. Później tak kolorowo niestety już nie było…

– Zabrakło u nas przede wszystkim zmotywowania zawodników. Brakowało managera, który porozmawiałby z każdym piłkarzem i przekonał go do tego, że jeśli zdobędziemy mistrzostwo Polski, to dostanie premię, albo pomożemy załatwić mu grę w zagranicznym klubie za o wiele większe pieniądze. Przegraliśmy organizacyjnie, po czym nie wyszedł nam jeden mecz, a po nim drugi. Szkoda, bo stadion wypełniał się do ostatniego miejsca, a czasami tych miejsc brakowało. Kiedy myślę o Odrze, przypominają mi się słowa filozofa: Na przeszłość trzeba patrzeć z wdzięcznością, na teraźniejszość z pasją, na przyszłość z nadzieją. Moja Odra to była Odra z pasją. Moją i działaczy, którzy myśleli o klubie 24 godziny na dobę – mówi były szkoleniowiec.

Zwyczaje Antoniego Piechniczka

Antoni Piechniczek wraz z kierownikiem drużyny Andrzejem Mazurkiem.

Antoni Piechniczek wraz z kierownikiem drużyny Andrzejem Mazurkiem.

Do dziś po naszym mieście krążą legendy o spacerach trenera Piechniczka i jego małżonki Zyty po Opolu. Niedzielne mecze na stadionie przy Oleskiej rozgrywane były około południa, dlatego piłkarze mieli po nich dużo czasu, by świętować ewentualne zwycięstwo. Aby trzymać nad wszystkim kontrolę trener wybierał się z żoną na spacery po centrum miasta, a czasami także po Zaodrzu. Po drodze zaglądał do restauracji, sprawdzając co i jak robią jego „zbłąkane owieczki”.

Jego podejście było bardzo lubiane przez zawodników, którzy do dziś się z tego śmieją i dobrze wspominają. Kibice także lubili ten zwyczaj, bowiem mieli okazję spotkać trenera i zamienić z nim kilka słów. – Wraz z małżonką zaglądaliśmy do restauracji pod pozorem znalezienia wolnego miejsca. Żona stanowiła dla mnie swego rodzaju alibi, że piłkarze nie uważali mnie za policjanta. Przy okazji mieliśmy dużo radości ze spacerów po pięknym mieście, które zawsze chętnie odwiedzam – dodaje.

Grający w niebiesko-czerwonych koszulkach piłkarze z kolei zdecydowanie nie byli fanami oddalonej o kilka kilometrów od Opola Turawy. To właśnie tam wybierali się w ramach przygotowań. Trener Piechniczek zaszczepił w nich nawyk do dbania o kondycję i sprawność fizyczną. Dbał o to, że gdy Odra była słabszym zespołem na boisku, to była w stanie wygrać dzięki świetnemu przygotowaniu. Podczas wyjazdów nad jezioro turawskie, zawodnicy trenera Piechniczka biegali w tamtejszych lasach pomiędzy… choinkami. – Ogrywaliśmy wtedy wszystkich w drugich połowach meczów. Jak zostaliśmy mistrzem jesieni, 20 z 25 bramek strzeliliśmy właśnie po zmianie stron. Byliśmy w stanie zabiegać każdego. A po wielkich zwycięstwach mówiłem chłopakom, że to dzięki choinkom – śmieje się dziś trener.

Jeden z najlepszych w historii

Antoni Piechniczek podczas w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie

Antoni Piechniczek podczas w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie.

Gdy wraz z żoną wyprowadzali się z Opola, nie kryli smutku. Miasto było dla nich nowym domem na cztery lata. Żona znalazła tu pracę w jednym z liceów jako nauczycielka języka rosyjskiego. Mieszkali tu z trójką dzieci (Joanną, Tomaszem i Justyną), a jedna z córek została tu na stałe. Za sukcesy z Odrą odebrał w 2018 roku tytuł Honorowego Obywatela Opola podczas jednej z sesji Rady Miasta.

Po odejściu z Odry pracował przez pewien czas w Ruchu Chorzów. Szybko jednak dostał propozycję posady selekcjonera reprezentacji Polski, którą przyjął. „Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek, tego jeszcze nie wie nikt…” śpiewała wówczas cała piłkarska Polska!

Gdy latem 1982 roku wraz z kadrą pojechał do Hiszpanii, marzenia kibiców były wielkie, ale po pierwszych dwóch zremisowanych meczach ( z przyszłymi mistrzami świata – Włochami oraz Kamerunem), niewielu spodziewało się medalu. Maszyna ruszyła jednak w ostatnim grupowym meczu, kiedy to „Orły Piechniczka” dosłownie przejechały się po Peru, zwyciężając 5-1. Trenerowi Antoniemu udało się powtórzyć sukces legendarnego Kazimierza Górskiego, pokonując w meczu o trzecie miejsce Francję.

Okres w którym udało się zdobyć ten medal był bardzo ciężki dla Polski. Przygotowania do tej imprezy nie należały do łatwych, właśnie ze względu na wprowadzony stan wojenny. Władze państwa w związku z tymi zajściami także miały o wiele większe wymagania od piłkarzy, bowiem ich sukces miał nieco uspokoić ludzi. Podczas spotkań w Hiszpanii wielu polskich kibiców wywieszało także transparenty „Solidarności”, co dla rodzącej się powoli demokracji wiele znaczyło. Można więc śmiało powiedzieć, że za „Orłów Piechniczka” kciuki trzymał każdy Polak – niezależnie od jego miejsca w społeczeństwie.

Brązowy medal nie był jedynym osiągnięciem Pana Antoniego z reprezentacją. Do dziś pozostaje on jedynym selekcjonerem, któremu udało się wywalczyć awans na mistrzostwa świata dwa razy z rzędu! W 1986 roku w Meksyku prowadzona przez niego kadra doszła co 1/8 finału, co w kraju zostało uznane za… rozczarowanie. Po powrocie z tej imprezy szkoleniowiec zrezygnował ze swojej posady. Wraz z jego odejściem, skończyła się złota epoka w polskiej piłce.

Cytując klasyka „Jak trwoga, to do Boga”, kilka lat później trener Piechniczek dostał kolejną szansę objęcie reprezentacji Polski. Prowadził ją nieco ponad rok – od maja 1996 do czerwca 1997. Nie udało mu się jednak awansować na Mistrzostwa Świata do Francji, a poziom polskiej piłki znacznie spadł w porównaniu z jego pierwszą kadencją. Jako selekcjoner poprowadził Polskę w 73 meczach, wygrywając 25 z nich, 21 remisując i 27 przegrywając. Bilans zdecydowanie zepsuło drugie podejście, kiedy to nie miał już do swojej dyspozycji tak świetnych piłkarzy jak Boniek, Smolarek, Młynarczyk, Buncol, Matysik i wielu wielu innych.

Miał okazję pracować także jako selekcjoner takich reprezentacji jak Tunezja (brał z nią udział na Igrzyskach Olimpijskich w Seulu) czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Jako trenera bramkarzy brał ze sobą Józefa Młynarczyka, który był idolem tamtejszych bramkarzy. – Pamiętam, gdy do „Młynarza” przyjechała żona. Próżno było w Afryce szukać takiej blondynki jak ona. Gdy trenowani przez Józka bramkarze ją zobaczyli, grali jak z nut. Jeden przebijał drugiego kolejną interwencją, żeby tylko jej zaimponować – wspomina z uśmiechem na twarzy Pan Antoni.

Spokój i cisza

Antoni Piechniczek w kalendarzu przygotowanym na 75-lecie Odry Opole.

Antoni Piechniczek w kalendarzu przygotowanym na 75-lecie Odry Opole.

Legendarny trener mieszka obecnie ze swą żoną w Wiśle, na jednej z gór przy lesie. Piłkarze dobrze znają to miejsce, bowiem jest często odwiedzane przez nich podczas obozów przygotowawczych. Przed domem wisi tabliczka z napisem „Życie jest grą – świat boiskiem. Bóg sędzią”.

Na nudę nie może dziś narzekać. Jest częstym gościem podczas obchodów klubów, których znaczna część świętuje w tym roku swoje 100-lecie. Jednym z nich jest Ruch Chorzów, w którego założeniu duży udział mieli przodkowie trenera Piechniczka. Ponadto wciąż chętnie wybiera się na różnego rodzaju konferencje piłkarskie, gdzie swoją wiedzę, którą zdobywał przez lata, przekazuje młodszym trenerom.

Jak sam mówi, zamieszkanie w górach przy lesie było świetną decyzją. – Jeśli nie muszę gdzieś jechać, mam dużo czasu na spacery. Jest tutaj wiele pięknych miejsc i choinek. Tylko Odry mi tu brakuje – śmieje się Pan Antoni.