Aleja Gwiazd Odry Opole: Józef Żymańczyk

Dotąd w naszym cyklu przedstawialiśmy postaci, których czyny pomogły Odrze na stałe wpisać się na mapę piłkarskiej Polski. Teraz postanowiliśmy przenieść się trochę lat do przodu i przypomnieć historię Józefa Żymańczyka, który także bezapelacyjnie jest ikoną opolskiego klubu.

Piotr i Marek Jankowscy

Polecamy poprzednie części naszego cyklu: Zbigniew GutEngelbert JarekAntoni PiechniczekJózef MłynarczykZbigniew StrociakRoman Wójcicki, Zbigniew Kwaśniewski.

Z Odrą związany od dzieciaka

Józef Żymańczyk urodził się 24 lipca 1965 roku w Tarnowcu w powiecie brzeskim. – W domu była nas szóstka. Mama, tata, siostra, dwóch starszych braci i ja. Nie przelewało się, nie było luksusów, ale też głodni nie chodziliśmy – wspomina lider Odry z lat 90.

Józef Żymańczyk w koszulce Odry Opole

Dzieciństwo piłkarza zdecydowanie można uznać za ciekawe. Jak sam wspomina, brak konsoli play station i komputerów spowodował, że wpadał w wir życia na dzielnicy. „Żyman” był jednym ze starszych na „swoim rejonie”, a jego wielkim hobby obok piłki nożnej było… robienie bombek. Nie na choinkę, tych wybuchowych. – Mieszkałem koło wyrobiska, kamionki Piast. Kiedyś była tam cementownia strzeżona przez strażników z karabinami. Z kolegami schodziliśmy na dół nad wodę kamienie wysadzać. Kilkukrotnie strzelano w powietrze, żeby nas przegonić – mówi Józef.

Piłka nożna była jednak zdecydowanie bliżej jego serca, aniżeli bomby. Uprawianie tego sportu też wiązało się jednak ze swego rodzaju łobuzowaniem. Do dziś gra na podwórkach pomiędzy blokami często kończy się wybitą szybą. – Mimo, że wychowywałem się na erze Antoniego Piechniczka w Odrze Opole, to na podwórkowym boisku byłem Włodzimierzem Lubańskim, mimo, że to Grzegorz Lato strzelał jak na zawołanie – śmieje się były piłkarz.

Grę na podwórku i wysadzanie kamieni na dzisiejszej kamionce łączył także z kibicowaniem Odrze. Czy to podczas meczów domowych czy wyjazdowych. – Mamie mówiłem, że jadę do wesołego miasteczka, a faktycznie jechało się do Poznania, Mielca, albo Chorzowa. Czasem trzeba było schować szalik, żeby mecz obejrzeć, a innym razem uciekało się po torach – wspomina.

Niewiele później, młody Józek był już juniorem Odry. Każdy młody piłkarz zarówno kiedyś, jak i teraz marzy o tym, aby zagrać kiedyś mecz przy trybunach na których zasiądą tysiące kibiców. Właśnie jako zawodnik młodzieżowej drużyny niebiesko-czerwonych zagrał mecz przy pełnych trybunach. – Jako trampkarze graliśmy chwilę przed seniorami, którzy mierzyli się z Magdeburgiem w słynnym jedynym meczu w Pucharze UEFA. Na naszym meczu kibiców było już pełno, a mi udało się zrealizować wielkie marzenie jeszcze jako dzieciak – zaznacza.

Po przygodach w młodzieżowych drużynach Odry został zawodnikiem milicyjnej Gwardii Opole, jednak nadal na szczeblu juniorskim. – My juniorzy nie mieliśmy nic wspólnego z milicją, dlatego nie patrzono na nas krzywym okiem. Niektórzy później faktycznie poszli do ZOMO, ale nie ja. Byłem z tych niepokornych, antykomunistycznych – śmieje się jeden z najlepszych piłkarzy Odry ostatnich lat.

Wojsko i wyjazd do Kanady

W trakcie gry w Gwardii, dostał powołanie do wojska. Działaczom milicyjnego klubu jasno zakomunikował, że nie pójdzie do ZOMO. Mieli oni załatwić mu służbę w Wojskach Ochrony Pogranicza. – Miałem odsłużyć trzy miesiące i wrócić do Opola. Słyszałem, że wszystko załatwione, a zanim się obejrzałem to byłem w Nadwiślańskich Wojskach w Warszawie. Wojska reprezentacyjne, ochrona Belwederu – wspomina.

Nie było łatwo. Po raz pierwszy mógł odwiedzić rodzinę po sześciu miesiącach. – Przed chwilą gitara w ręku, teraz karabin. Przed chwilą tańczyłeś na parkiecie, teraz stajesz na baczność. Grałeś w piłkę, a teraz korytarze szorujesz. Byłem dość niesforny, a kaprale lubili wymyślać kary. Czepiali się absolutnie wszystkiego. Kibelki szczoteczką sprzątałem. Przy Belwederze miałem około pięćdziesięciu wart. Pamiętam Wielkanoc 1985, dostałem wartę przy Belwederze. Myślę, święta nic się nie dzieje – wezmę książkę, poczytam. Nagle przychodzi ktoś, puka z jednej strony, drugiej. Chowam książkę pod telefon, otwieram, tam oficer: żołnierzu! Jak wartę pełnicie? No jak. Normalnie. Stoję i pilnuję. Okazało się, że już mieli zamontowaną kamerę, BOR-owik mnie oglądał i tylko wołał innych – choć zobacz tego żołnierza jaki służbista. Dostałem dziesięć dni aresztu w zawieszeniu, ale później kiedyś wracałem z przepustki, narozrabialiśmy na festiwalu w Opolu, żandarmi złapali i dostałem dwadzieścia dni aresztu – mówił były napastnik klubu przy Oleskiej w wywiadzie z portalem Weszło.

Wojska zdecydowanie nie wspomina dobrze. Żałować można, że nie miał okazji jak kilku jego kolegów, by służbę „odbębnić” w rezerwach Gwardii, mogąc skupić się na piłce nożnej. – Mogłem tylko grać w reprezentacji jednostki i jeździć na zawody do Kołobrzegu z kompanią śpiewającą – śmiał się.

Po wyjściu z wojska chciał ponownie wziąć się za piłkę, tym razem na poważnie. Gdy wrócił do Opola, wrócił także do Gwardii, zrobił prawo jazdy na ciężarówkę. Otrzymał atrakcyjne oferty z Unii Krapkowice czy grającego wówczas na zapleczu ekstraklasy Górnika Pszów z zaplecza ekstraklasy. W tym samym czasie jego brat wyjechał do Kanady i zaczął namawiać go do tego samego. – Mówił, że to zupełnie inny świat, że jak się pracuję, to stać Cię na wszystko i jeszcze uda się coś odłożyć. Wierzyłem też, że poradzę sobie piłkarsko, dostanę się tam do jakiejś zawodowej ligi. Oczywiście był strach, zmieniałem całe życie, zostawiałem w Polsce dziewczynę, obecną żonę. Do dziś pamiętam jak płakała – wspominał piłkarz.

Po raz pierwszy w życiu przeżył wtedy szok kulturowy. Wszystko było zupełnie inne. Problem pojawił się jednak z tym, co miało być najłatwiejsze – pracą. Przyjeżdżając do Kanady natrafił na recesję i jedyną pracą, jaką udało mu się zdobyć było… zbieranie dyni. –  Zabrali nas do jakiejś knajpy, że dziewuchy tańczą, robią striptiz, a my pijemy piwo. U nas tego nie było! Później okazało się, że z pracą wcale nie jest tak kolorowo. Miała być super robota, a trafiła się recesja. Jeździliśmy na wielkie pole zbierać dynie. Zasuwaliśmy całe dnie, wszystko po najniższej możliwej stawce – pięć dolarów za godzinę. Później praca w przetwórni. Mieszkaliśmy w Hamilton, przetwórnia była w Toronto. Wstawałeś o 4.00 żeby dojechać, o 7.00 zaczynałeś pracę. Robiłeś dziesięć godzin, jechałeś do domu, jadłeś coś, szedłeś spać i wszystko od nowa. Tak się kręciło: a to robota w fabryce cukierków na widlaku, a to tu, to tam. Najgorzej, jak robiłem na budowie przy rusztowaniach. Tak się rozchorowałem, że całe święta spędziłem w łóżku – dodaje.

Podczas dwóch lat spędzonych w Kanadzie miał także podciągnąć się piłkarsko i sprawdzić w innym kraju. Problem był jednak taki, że poziom rozgrywek był bardzo niski. Wrócił do Polski głównie przez przemianę ustrojową. Musiał dwa lata czekać na pozwolenie na pracę, co oznaczało tylko zarobki „na czarno”. Stwierdził, że przez taki obrót spraw w Kanadzie jest już spełniony i pora osiąść w rodzinnym mieście na stałe. Zasilił szeregi Unii Krapkowice, która dołożyła mu się do zakupu mieszkania.

Transfer do Odry

Józef podczas jednego z piłkarskich turniejów w Opolu zorganizowanego przez Jakuba Błaszczykowskiego

Mogłoby się wydawać, że dla uznanej na krajowej arenie Odry Opole ściągnięcie Żymańczyka z Unii Krapkowice nie będzie stanowiło wielkiego problemu. Było jednak zupełnie inaczej, bowiem zarówno jedni, jak i drudzy twardo stali przy swoich stanowiskach. Chęci do negocjacji zdecydowanie brakowało. Mówi się, że rozmowy zaczęły się od 750 milionów ówczesnych złotych.

Z czasem Henryk Kucza, który był prezesem krapkowickiego klubu, zszedł z ceny do ówczesnych 300 milionów złotych. Nadal była to jednak bardzo duża suma jak na Odrę, która nie szastała pieniędzmi. Rozmowy trwały bardzo długo, a lokalne media zaczęły pisać o tym, że rządzący Unią nie chcieli prowadzić bezpośrednich rozmów z Andrzejem Mazurkiem, Marianem Benderem czy uznanym piłkarzem Wiesławem Korkiem. – Ta kwota jest zdecydowanie kwotą ostateczną, z której nie zejdziemy. Dziś za 50 milionów złotych kupuje się piłkarza z klasy A i gdybym za tyle sprzedał Żymańczyka, miałbym za swoje ze strony działaczy z Krapkowic. Żaden piłkarz nie trafił do nas z Opola za darmo. Za Ireneusza Harasa zapłaciliśmy 300 tysięcy złotych, a do tego mieliśmy obowiązek wykupić tysiąc karnetów na mecze Odry – mówił Kucza.

Kibice opolskiej drużyny nie mogli uwierzyć w to, jak długo trwają negocjacje. Zaczęli pisać listy, w których sugerowali jakie działania powinno się podjąć, aby ten transfer doszedł w końcu do skutku. Proponowano, aby założyć „Towarzystwo Pomocy Odrze”, w ramach którego kibice wpłacaliby pieniądze na funkcjonowanie klubu. Ich zachowanie było związane z tym, że duża część z nich bardzo dobrze pamiętała sukcesy końcówki lat 70., a musieli przy Oleskiej oglądać Odrę na trzecim szczeblu rozgrywkowym.

Wówczas tak naprawdę żaden zespół z województwa opolskiego nie miał większych szans na awans do II ligi. Kibice wierzyli, że jeśli „Żyman” wróci do Opola, to się to na pewno uda. Ostatecznie napastnik trafił do Odry, jednak kwoty transferu nigdy nie ujawniono. Na portalu Historia Odry Opole można przeczytać, że miała ona oscylować w okolicach 250 milionów złotych, ale w sumie ciężko to sobie wyobrazić, bowiem klub nie dysponował tak wielkimi pieniędzmi na transfery.

Awans do II ligi = tatuaż

Po jednym z turniejów jeszcze w barwach Unii Krapkowice Żymańczyk mógł trafić do Charkowa, skąd otrzymał bardzo kuszącą ofertę – mieszkanie, samochód, a do tego kilka tysięcy. Nie zdecydował się jednak na to, głównie ze względu na to, jaka bieda panowała na Ukrainie. – Gdy tam się jechało, to z pełną walizką. Z kolei gdy wracało, to z pustą. Wszyscy jeździli i sprzedawali to co mieli, bo te mało wartościowe rzeczy w Polsce, na Ukrainie były uważane za luksus. Podczas jednego targu, który dobijaliśmy w hotelu, pojawił się facet, jakiś gangster, który próbował zrobić popularny trik oszusta: liczy pieniądze i mówi, że jednego brakuje, jeszcze raz przelicza i sobie chowa. My widzieliśmy o co chodzi, mówimy: bajer, posłuchaj, nie jesteśmy tutaj sami, uważaj sobie. Blefowaliśmy, ale dał się nabrać, choć gdyby chciał nam coś nam zrobić, to byłoby z nami ciężko – wspominał w wywiadzie z portalem Weszło piłkarz.

Na szczęście dla piłkarza i Odry ich drogi ponownie się spotkały. Wychowany na erze Antoniego Piechniczka piłkarz chciał ponownie wprowadzić opolski zespół na salony. Żeby to się udało, musiał najpierw pomóc jej wywalczyć upragniony awans do II ligi. – Powiedziałem w szatni, że jak awansujemy, to wytatuuję sobie herb Odry. Zawsze mi się podobał, jest piękny, na samochodzie też go mam. Nikt mi go nie zabierze – zaznacza piłkarz.

Promocję udało się wywalczyć w sezonie 1996/97. Grająca wtedy w III lidze Odra była zespołem amatorskim. Sam Żymańczyk grę w niebiesko-czerwonej koszulce łączył z pracą w kancelarii notarialnej. Robił to w latach 1993-98, mimo, że po awansie piłkarze mieli stać się zawodowcami i tylko ze sportu się utrzymywać. – Były wielkie plany, które skończyły się na zamontowaniu kilku drewnianych ławek na stadionie, byleby spełnić wymogi licencyjne. Nie można jednak nic zarzucić działaczom, którzy naprawdę się starali – podkreśla napastnik.

Na poziomie drugoligowym opolski zespół długo nie występował, bowiem jako beniaminek spadł z ligi. – Wszystko się dobrze zaczęło, na pierwszym meczu z Górnikiem Wałbrzych, kiedy wygraliśmy 2-0 po moich bramkach mieliśmy pełne trybuny. Ogółem jednak byliśmy zbyt słabi i spadliśmy – wspomina.

Opolskie gazety napisały o spadku Odry Opole, jednak nie zapomniały wyróżnić Żymańczyka za jego świetną postawę na murawie.

Żymańczykowi szło dobrze, a na jednym z meczów przy Oleskiej pojawił się nawet selekcjoner reprezentacji Polski, który miał przyjrzeć się zawodnikom drugoligowym. Mimo, że Odra zawodziła i wróciła do III ligi, to opolski snajper szesnastokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Ostatecznie powołania do reprezentacji nie otrzymał. Dziś żartuje z całej sytuacji, sugerując, że Janusz Wójcik zorientował się ile to opolski snajper miał już lat.

W Odrze zaczęły pojawiać się coraz to większe problemy finansowe, w związku z czym Żymańczyk zdecydował się opuścić stolicę województwa. Ostatecznie przyniosło to obopólne korzyści, bowiem nasz klub otrzymał niezbędny zastrzyk gotówki, a sam piłkarz w końcu zadebiutował na boiskach ekstraklasy.

Liznął ekstraklasy

Do Ruchu Radzionków trafił w wieku 33 lat i można powiedzieć, szkoda, że tak późno. – W zespole była kapitalna atmosfera. Wszyscy byli życzliwi, koleżeńscy i co ważne, świetni piłkarsko. Byłem obcy, ale czułem się tam naprawdę świetnie – zaznacza.

W barwach tego zespołu zadebiutował w dniu… swoich urodzin. Nie mógł sobie wymarzyć lepszego startu, bowiem popularne „Cidry” pokonały Widzew Łódź 5-0, a sam Żymańczyk strzelił jedną z bramek. – Mam ten mecz na kasecie. W Radzionkowie po raz pierwszy pojawiła się wtedy transmisja na Canal+. Przyjechał wielki Widzew, a tu chłopaki wyskoczyli i wzięli się za nich! – śmieje się piłkarz, na którego czekali już znajomi z imprezą urodzinową.

O świetnych występach Żymańczyka w ekstraklasie pisano w gazetach.

W sezonie 1998/99 Ruch Radzionków zajął szóste miejsce w lidze, które było najlepszym wynikiem ze wszystkich ekip ze Śląska.

W swojej karierze w ekstraklasie rozegrał 54 spotkania, zdobywając 14 bramek. – Strzelałem dość regularnie, trafiłem choćby Legię. Jej bramkarzowi Grzegorzowi Szamotulskiemu strzeliłem gola głową. Nie jestem wysoki, ale głową dobrze grałem. Liczy się moment wyczucia, przecięcia lotu, a nie wzrost – podkreśla.

Wrócił do Opola

Po dwóch sezonach spędzonych w Ruchu powrócił do Opola mimo, że włodarze radzionkowskiego klubu chcieli, aby w nim pozostał. Ponad wszystko postawił sobie jednak umiłowany klub. – Chcieli, żebym został, ale w Opolu zaczęło się w końcu dobrze dziać. Od zawsze moją ambicją i marzeniem było wywalczenie awansu do ekstraklasy w Opolu. Plan był taki, żeby to zrobić, po czym zakończyłbym karierę – mówił jeden z najlepszych strzelców z Oleskiej.

Opolski zespół miał wtedy naprawdę mocny skład, a jesienią podobnie jak za czasów Antoniego Piechniczka rządził i dzielił. Wszystko funkcjonowało jak powinno, jednak ponownie pojawiły się problemy finansowe. – Nikt w klubie nie dostawał pieniędzy, a po latach dowiedziałem się, że zamiast płacić nam, prezes Niedziela płacił sędziom. Dawał im ogromne pieniądze – mówi zawiedziony takim obrotem spraw Żymańczyk.

Piłkarz do dziś nie może pogodzić się z tym, jak wyglądała rzeczywistość. Wraz z zespołem robili wszystko, aby pokonywać rywali w sportowy sposób. – To było czyste frajerstwo. Nam zarzuca się niektóre mecze, a my wypruwaliśmy żyły na boisku. Jednym ze spotkań ustawionych miało być to z Pogonią Szczecin w Pucharze Polski. Nie wyobrażam sobie tego, straciłem w tym meczu trzy kilogramy – zaznacza.

Barwy opolskiej drużyny reprezentował do czterdziestki, do 2005 roku. – Odra była, jest i będzie dla mnie klubem numer jeden. Wychowywałem się jako jej kibic, stąd są moi idole. Teraz też jestem na każdym meczu. Wierzę w to, że jeszcze doczekam się mojego ukochanego zespołu w ekstraklasie – dodaje.

W taksówce piłkarza, który licencję wyrobił sobie w 1995 roku można spotkać wiele rzeczy związanych z opolskim klubem.

Pierwszy w historii kapitan reprezentacji futsalu

Gdy w dzieciństwie grywał z kolegami w piłkę na boisku, zasady gry były bardziej… futsalowe. Boiska i bramki jakie mieli bowiem do dyspozycji na boisku przy ówczesnej szkole podstawowej nr 18 znajdującej się „na końcu” ul. 1 Maja, były wielkości tych z piłki ręcznej. – Wtedy nie wiedzieliśmy, że za kilkanaście lat będzie to nowa dyscyplina. Po prostu graliśmy. To właśnie na boisku tej szkoły spotykaliśmy się i graliśmy niemalże od świtu do nocy – wspomina piłkarz.

Józef Żymańczyk podczas jednego z meczów reprezentacji Polski w futsalu.

Co warte podkreślenia, środowisko piłki halowej było w Opolu bardzo prężne. Paweł Kieszka prowadził ligowe rozgrywki właśnie na małych boiskach, a turnieje odbywały się w Okrąglaku dziś noszącym nazwę Stegu Arena. – Grali w zasadzie wszyscy w Opolu. Podobnie mocne środowiska były wtedy jeszcze w Warszawie, Łodzi i Gliwicach. Trener reprezentacji Polski Krzysztof Sobieski odwiedzał wszystkie te ośrodki, oglądał i wysyłał powołania. Tak się złożyło, że na pierwsze zgrupowanie pojechało z Opola trzech zawodników. Oprócz mnie jeszcze bramkarz Kazik Kucharski i Romek Derda – kontynuuje popularny „Żyman”.

Pierwsze mistrzostwa świata w futsalu odbyły się w 1989 roku i to właśnie po nich Polski Związek Piłki Nożnej podjął decyzję o utworzeniu kadry narodowej. – Zajął się tym Krzysztof Sobieski, były bramkarz Legii Warszawa. Został trenerem tej kadry. Zaczął zbierać zespół. Wiedział, że w Opolu także mamy swoje rozgrywki halowe. Musiał więc zajrzeć do nas. Ja i kilku innych wpadliśmy mu w oko. Bez żadnych sparingów, zebrana naprędce kadra Polski pojechała na turniej eliminacyjny do mistrzostw świata w hiszpańskiej Walencji – opowiada z uśmiechem na twarzy.

Żymańczyk jest więc kolejnym piłkarzem Odry, z którego karierą wiąże się nietypowa historia. Został on bowiem pierwszym w historii polskiej reprezentacji futsalu kapitanem. – To było ogromne przeżycie. Jak każdy dzieciak marzyłem o występach z orzełkiem na piersi. W Hiszpanii odnieśliśmy wielki sukces, bo wywalczyliśmy awans na mistrzostwa świata. Mnie w pamięci szczególnie zapadł mecz z Rosją. Ta drużyna od zawsze była potęgą europejską i światową w futsalu. Zremisowaliśmy 7-7, a ja strzeliłem trzy gole – kontynuuje.

Wyjazd na mistrzostwa świata wiązał się także z wielkim przeżyciem pod względem podróżniczym. Józef, który miał już wcześniej okazję przeżyć szok kulturowy w Kanadzie, przeżył go ponownie w Hongkongu. – Lecieliśmy czternaście godzin z Amsterdamu. Gdy wylądowaliśmy, było wielkie wow. Miasto na wodzie, zabudowania na skałach, świątynie buddyjskie. Mieliśmy okazję trochę też pozwiedzać, ale nie dużo, bo trzeba było się wziąć za treningi – opowiada o wielkiej przygodzie kapitan ówczesnej reprezentacji.

Przed samym wyjazdem doszło jednak do dość nietypowej sytuacji. Działacze PZPN postanowili bowiem odsunąć od kadry Krzysztofa Sobieskiego, czyli osobę, która tę kadrę stworzyła. I tak piłkarze halowi pojechali na wielką imprezę z trenerem, który o ile był dobrym kompanem do rozmowy, to do trenerki się totalnie nie nadawał. – Pierwszy mecz z gospodarzami, sześć tysięcy widzów na trybunach. Zajęliśmy wtedy miejsca w przedziale 5-8 na mistrzostwach świata. To było w 1992 roku, a potem już Polska ani razu na globalny turniej nie pojechała. Wtedy nie do końca docenialiśmy to co osiągnęliśmy – zaznacza.

W reprezentacji Polski futsalu Żymańczyk wystąpił w 25 meczach, wpisując się na listę strzelców 29-krotnie.

Taksówkarz wierny Odrze do dziś

Józef Żymańczyk ma swoją prywatną trybunę na stadionie przy Oleskiej. Znajduje się ona vis-à-vis tej krytej.

Józefa Żymańczyka znają nie tylko kibice, ale i osoby, które w Opolu korzystają z usług taksówkarskich. –  Bardzo lubię tę pracę, bo daje codzienny kontakt z ludźmi, a poza tym w dużej mierze sam decyduję, kiedy pracuję. W taksówce część pasażerów mnie rozpoznaje, a wtedy rozmowa niemal zawsze schodzi na sport i piłkę nożną – opowiada z uśmiechem na twarzy.

To, że zakończył zawodową piłkarską karierę nie oznacza, że całkowicie skończył z tym sportem. Jednak to właśnie po odwieszeniu butów na kołku znalazł czas na realizowanie innych pasji. Zaczął wspinać się po górach, ale i nurkować. Obecny szkoleniowiec Odry, Dietmar Brehmer zaprosił także byłego snajpera z Oleskiej do przeprowadzenia wykładu na temat dawnych lat. Ma to na celu wzmocnienie więzów piłkarzy z niebiesko-czerwonymi barwami.

Kariera 54-letniego obecnie Józefa Żymańczyka była bardzo barwna, połączona z wieloma historiami, o których można byłoby napisać książkę. Jedno możemy powiedzieć w pełni świadomi swoich słów – popularny „Żyman” był piłkarzem, który z Odrą był na dobre i na złe. Podejmując decyzje o swojej karierze pierwszym na co patrzył, było dobro ukochanego klubu.

Dziękujemy za pomoc przy artykule portalom Weszło oraz Historia Odry Opole.