Aleja Gwiazd Odry Opole: Zbigniew Kwaśniewski

Życie Zbigniewa Kwaśniewskiego zdecydowanie nie było usłane różami. Mimo to, nie poddawał się i twardo szedł do przodu, po swoje. W tej historii brakuje happy endu, na który jeden z najlepszych piłkarzy w historii Odry Opole zdecydowanie sobie zasłużył.

Piotr i Marek Jankowscy

Polecamy poprzednie części naszego cyklu: Zbigniew GutEngelbert JarekAntoni PiechniczekJózef MłynarczykZbigniew Strociak, Roman Wójcicki.

Piłkarskie początki

„Kwaśny”, bowiem właśnie tak mawiali na niego koledzy z boiska, jak i trenerzy, urodził się 4 lutego 1948 roku w Suwałkach. W młodym wieku wraz z czworgiem rodzeństwa trafił do domu dziecka, gdzie jak wspomina jego brat, troszczył się o wszystkich. – To przy wsparciu Zbyszka doszedłem do tego co mam, zawdzięczam mu bardzo wiele, żeby nie powiedzieć wszystko. To on był dla mnie tatą i mamą, kiedy trafiliśmy do domu dziecka, to on czuwał nade mną, nie szczędząc czasami bardzo cierpkich uwag, ale zawsze robił to z serca – zaznacza pan Andrzej Kwaśniewski.

Zbigniew Kwaśniewski nawet po zakończeniu kariery nie potrafił rozstać się z piłką.

Jego piłkarska kariera zaczęła się od noszenia wody ze studni i czyszczenia butów starszym zawodnikom. Jak sam zaznaczał po latach, nigdy się tego nie wstydził, a wręcz przeciwnie. – Zaczynałem jako pucybut, ale tak wówczas rozpoczynali kariery wszyscy młodzi piłkarze. Nie mam się czego wstydzić. Najważniejsze było to, że chciałem i miałem od kogo się uczyć. Wzorem dla mnie byli Jerzy Koncewicz, Józef Jacynowicz, Jarek Wasilewski czy Rysiek Sawicki. To ich podpatrywałem i właśnie z nich starałem się brać przykład – wspominał Zbigniew podczas swojej ostatniej wizyty w Polsce.

Siłą Wigier Suwałki, w barwach których swoje pierwsze kroki stawiał Kwaśniewski była Drużyna przez duże „D”. Młodzi piłkarze znali swoje miejsce w szeregu i z szacunkiem odnosili się do starszych.
Wiek i umiejętności nie odgrywały żadnej roli w prywatnych kontaktach z kolegami z drużyny. My młodzi wiedzieliśmy, że szanując starszych kolegów pracujemy na szacunek do siebie. W ten sposób w Wigrach zbudowaliśmy jedną wielką rodzinę. Nic zatem dziwnego, że trening był takim świętem, jak dziś niedzielny, rodzinny obiad – śmiał się „Kwaśny”.

Swój pierwszy mecz w seniorskiej piłce rozegrał 4 kwietnia 1965 roku. Miał wtedy 17 lat. Do Suwałk przyjechał wtedy inny trzecioligowy zespół – Tur Bielsk Podlaski. – Wygraliśmy 12-0, połowę goli strzelił Jacynowicz, a jednego ja. Ale cieszyłem się tak samo, a może jeszcze bardziej niż on. Zresztą wszyscy mi gratulowali, ale po chwili sprowadzili na ziemię. No młody, ładny gol – mówili – ale w tej sytuacji nawet ślepy trafiłby do siatki – opowiadał Zbigniew.

W Suwałkach coraz więcej osób zaczęło się wtedy interesować piłką nożną, widząc tak efektowne wyniki Wigier. Mimo to, że w zespole było wielu dobrych zawodników, jak na ten poziom rozgrywek, to ostatecznie zespołowi „Kwaśnego” nie udało się awansować na zaplecze najwyższej klasy rozgrywkowej.

W 1968 roku Kwaśniewski przeniósł się do Białegostoku, gdzie do 1971 roku reprezentował barwy tamtejszego Włókniarza. – W Suwałkach warunki do gry mieliśmy gorsze od innych, a poza tym tworzyliśmy rodzinę, a nie drużynę. Dlatego, kiedy dostałem propozycję przejścia do Włókniarza, to ją przyjąłem – zaznaczył.

Po przygodzie w Białymstoku trafił do Gwardii Warszawa, w barwach której rozegrał 59 spotkań, wpisując się na listę strzelców cztery razy. W sezonie 1972/73 zagrał w meczach Pucharu Zdobywców Pucharów. Po wyeliminowaniu węgierskiego Ferencvarosu Budapeszt warszawski zespół w II rundzie przegrał rywalizację po przegranej jedną bramką na wyjeździe z Feyenoordem Rotterdam. To właśnie gdy występował w Gwardii, został wypatrzony przez działaczy Odry.

W Opolu rządził i dzielił

Jedno z niewielu dostępnych dziś zdjęć Zbigniewa Kwaśniewskiego w niebiesko-czerwonej koszulce.

W niebiesko-czerwonych barwach w końcu dostał okazję pokazać cały kunszt. – Przecież to artysta z brazylijską „kiwką”. On potrafił w budce telefonicznej „założyć siatkę” przeciwnikowi – mówił o „Kwaśnym” Józef Mudarewicz, z którym to występował we Włókniarzu Białystok.

I faktycznie tak było. Gdy do Opola przyszedł Antoni Piechniczek, potencjał mierzącego 178 centymetrów rozgrywającego został od razu dostrzeżony. – Zbyszek był niesamowitym zawodnikiem. Miał tętno 52 uderzenia na minutę w stanie spoczynku, także wiele więcej nie muszę dopowiadać. Mówiłem na niego, że nie jest ferrari, tylko traktorem (śmiech). Był naprawdę nie do zajechania, swoim tempem byłby w stanie przebiegać kilka spotkań dziennie. Miałem do niego słabość – wspominał po latach swojego podopiecznego trener Piechniczek.

Piłkarz bardzo chwalił sobie współpracę z Antonim Piechniczkiem. Podobał mu się nie tylko sposób prowadzenia zespołu na treningach, ale i zaangażowanie trenera w zespół. – Jak tu nie trenować skoro trener bierze udział we wszystkich zajęciach. Razem z nami biega po lesie i jeszcze dyktuje tempo, razem gra w piłkę, na nartach jeździ tak samo dobrze jak Wojtek Tyc, który jest przecież góralem – śmiał się Kwaśniewski.

Ciężkie dzieciństwo i nauka szacunku do starszych w zespole Wigier sprawiła, że Zbigniew był duszą towarzystwa. Nie miał problemów z presją, a koledzy uwielbiali nie tylko z nim występować, ale i rozmawiać. – Wszyscy darzyli sympatią i zaufaniem i słuchali Zbyszka Kwaśniewskiego. Był to piłkarz od którego zaczynała się większość akcji w Odrze. On kierował zespołem na boisku. To był bezbłędny technicznie piłkarz – wspominał swojego kolegę Józef Młynarczyk.

Pochodzący z Suwałk piłkarz teoretycznie odpowiadał za ofensywną grę zespołu, występując jako rozgrywający. Antoni Piechniczek w rozmowie z nami podkreślał jednak bardzo mocno, że Kwaśniewski był piłkarzem w 100% zaangażowanym w meczu. – Ten chłopak mimo, że odpowiadał za budowanie akcji, to dzięki swojej świetnej kondycji pomagał też w obronie i gonił rywali. Jak było potrzeba, to przeczytał podanie, przechwycił piłkę i poprowadził skuteczną kontrę – mówił.

Skład Odry Opole z 1976 roku. To właśnie wtedy Kwaśniewski zaczął odgrywać pierwsze skrzypce.

Dzięki niemu w Opolu pełnię swoich możliwości mogli pokazać tacy piłkarze jak Józef Klose, czy Wojciech Tyc. Lewa noga „Kwaśnego” potrafiła spłatać figle najlepszym obrońcom w kraju. To jego podania były często tymi, po których bramki strzelała wymieniona wcześniej dwójka. Właśnie z Kwaśniewskim w składzie Odra wygrała mistrzostwo jesieni, a wcześniej Puchar Ligi, który uprawnił ją do gry w Pucharze UEFA. W niebiesko-czerwonej koszulce wystąpił w 85 meczach na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce. Strzelił w nich osiem bramek.

W 1979 roku wyjechał do Francji, gdzie w tamtejszej Ligue 2 reprezentował barwy klubu z Chateauroux. W tym klubie rozegrał 67 spotkań, pakując piłkę do bramki sześciokrotnie. Po dwóch latach wrócił do Opola, gdzie zatrzymał go stan wojenny. W naszym mieście rozegrał jeszcze jeden sezon, po czym na stałe wyjechał do USA. Tam także nie mógł żyć bez piłki, jednak nie była to już gra na tak wysokim poziomie. Występował bowiem w małych klubach polonijnych, które nie grały w oficjalnych ligach. Jego najlepszy okres rozpoczął się więc i zakończył właśnie w stolicy województwa opolskiego.

Zbigniew Kwaśniewski udzielał się także w środowisku kulturalnym. Na zdjęciu z Andrzejem Wasilewiczem, odtwórcą roli Zenka w „Kochaj, albo rzuć”, Lucjanem Trelą i legendą opolskiego dziennikarstwa – Kazimierzem Sempruchem.

Reprezentacja nie dla niego

Doszliśmy do tej części kariery, gdzie możemy śmiało powiedzieć, że Kwaśniewski był niespełniony. Z orzełkiem na piersi Zbigniew wystąpił dwukrotnie – w 1978 w meczach z Luksemburgiem i Grecją, w których to na boisku zastępował kolejno Kazimierza Deynę i Henryka Kasperczaka. O miejsce w składzie było ciężko, biorąc pod uwagę, że na jego pozycji występował właśnie wcześniej wspomniany Deyna. O sytuacji opolskiego pomocnika pisał po latach Stefan Szczepłek:

Kwaśniewski także był sprawdzany przez Jacka Gmocha, wytrzymałość i siła fizyczna powodowały, że na testach urywał w stacjonarnych rowerach łańcuchy, a na mecz i tak wychodził Deyna, który zwykle w testach wypadał blado, ale na boisku dobrze. 

Zbigniew Kwaśniewski otoczony przez dwóch rywali nie pękał i był w stanie ich okiwać.

Zdecydowanie najbardziej „Kwaśnego” zabolała sytuacja z chwili przed wylotem na mistrzostwa świata w Argentynie, które odbyły się w tym samym roku. Miał bowiem już uszyty garnitur reprezentanta kraju na tę imprezę, spakowane walizki. Okazało się jednak, że garnitur może zostawić sobie na pamiątkę, a walizki rozpakować, bo… został w domu.

Tego, dlaczego nie pojechał na tę imprezę nie powiedziano nigdy publicznie. Sam piłkarz nigdy nie poznał przyczyny, jednak wiele się o tym mówiło nieoficjalnie. Jedni mówili, że miała być to kara za niecenzuralne słowa wobec ówczesnych władz. Mówi się, że do Służby Bezpieczeństwa informację o tym przekazał ordynator, bądź lekarz opolskiego szpitala, w których to leczył się „Kwaśny”.

Wspólnie spędzony czas w Odrze Opole sprawił, że Kwaśniewski i Młynarczyk byli przyjaciółmi przez lata.

Sam piłkarz podczas ostatniej swojej wizyty w Polsce miał okazję wypowiedzieć się na ten temat. – W ostatniej chwili ktoś, do dziś nie wiem kto, zadecydował, że zamiast mnie do Argentyny poleci Roman Wójcicki. Nie mam pretensji do Romka. Mam za to do trenera Gmocha i ówczesnych działaczy Polskiego Związku Piłki Nożnej. Nawet nie za to, że mnie nie zabrali na mistrzostwa, ale za to, ze nie powiedzieli mi dlaczego nie jadę – mówił.

Zbigniew Kwaśniewski był piłkarzem, który zdecydowanie był gotowy na grę w reprezentacji na największych turniejach. Były jednak trzy przyczyny, dla których do tego nie doszło:

  • Urodził się w Suwałkach, czyli z dala od renomowanych ośrodków piłkarskich. Antoni Piechniczek do dziś podkreśla, że jego dawny podopieczny był równie utalentowany co Lubański czy Deyna, jednak nie mógł rozwinąć swojego talentu tak jak oni, właśnie ze względu na miejsce pochodzenia. W ekstraklasie zadebiutował w końcu dopiero w wieku 27 lat…
  • Sporym problemem było też to, że w piłkę grał w czasach Kazimierza Deyny, czyli zawodnika, którego do dziś uważa się za najlepszego w historii polskiego futbolu.
  • Wcześniej wspomniany donos jednego z pracowników szpitala.

Co ciekawe, do trenera Jacka Gmocha pretensje mieli sami piłkarze, którzy polecieli do Argentyny. Nie mogli oni zrozumieć, czemu dla lidera zespołu, który był w stanie pokonać każdego w Polsce, nie znalazło się miejsce w drużynie narodowej. To tylko świadczy o tym, jakim człowiekiem był Kwaśniewski, skoro wstawili się za nim piłkarze, z którymi nigdy nie występował, tylko rywalizował na boisku.

Bokserski mistrz Polski nie mógł się z nim równać

Zbigniew był wielkim fanem sportu, dlatego gdy w Opolu odbywały się różnego rodzaju zawody, to wybierał się na nie. Tak też było z jedną z imprez bokserskich, na którą wybrał się wraz z Wojciechem Tycem, Bogdanem Masztalerem i jednym z pracowników klubu – Janem Barglikiem. Nic nie zapowiadało awantury, jaka miała miejsce chwilę po skończonych zmaganiach w ringu.

Reprezentanci piłkarskiej Odry z „Okrąglaka” udali się do jednej z restauracji na obiad. Jako, że jedynym niepalącym był Wojciech Tyc, pozostali zawodnicy wysłali Barglika po papierosy. Ten jednak bardzo długo nie wracał, a gdy już wrócił, był bardzo poddenerwowany. Z początku nie chciał powiedzieć co takiego się stało. W końcu jednak siedzący przy stole piłkarze dowiedzieli się, że jeden z bokserów w związku ze zwróceniem mu uwagi przez Barglika, postanowił go uderzyć…

Dbający o swoich przyjaciół i znajomych Kwaśniewski od razu „wystrzelił” z krzesła i poszedł na poszukiwania świeżo upieczonego mistrza. Pięściarz nic jednak nie robił sobie ze słów Zbigniewa i nie zamierzał przepraszać Barglika. Zaprosił za to „Kwaśnego” na dwór, żeby wyjaśnić sobie tę sprawę „jak na mężczyzn przystało”. W dwójkę zamknęli się w bramie, a wszyscy czekali na to, co się stanie. Po chwili brama się otworzyła i wyszedł z niej uśmiechnięty… Kwaśniewski, który przekazał kolegom boksera informację z uśmiechem na twarzy „możecie już iść zbierać tego swojego mistrza”.

Na zdjęciu Zbigniew Kwaśniewski, Joachim Szczepanek i Leszek Stykała – trójka piłkarzy Odry, która miała okazję ze sobą grać także w USA.

Pozostało wspomnienie

O piłkarzu nie zapomnieli koledzy z Odry. Na zdjęciu Joachim Szczepanek i Mariusz Łańcucki podczas jednej z wizyt na grobie „Kwaśnego”.

Zmarł przedwcześnie, 29 czerwca 2017 roku, mając zaledwie 69 lat. Został pochowany na opolskim cmentarzu komunalnym na Półwsi 15 lipca 2017 roku.

Obecna sytuacja związana z epidemią koronawirusa na pewno nie zachęca nikogo do wyjść, dlatego póki sytuacja się nie uspokoi, każdy kibic może zapalić chociaż wirtualny znicz na grobie „Kwaśnego” tutaj – KLIK.

Ostatnie lata życia były bardzo ciężkie dla byłego piłkarza, który zmagał się z chorobą. – Kiedy w 2015 roku przyleciał do mnie mówił, że z każdym miesiącem, tygodniem czuje się coraz gorzej, ze nie wyklucza, iż jest to jego ostatnia wizyta w Polsce, że może to być nasze ostatnie spotkanie. Cierpiał bardzo, co starał się ukryć, ale nie zawsze mu się to udawało. Było nas pięcioro, zostałem sam – mówił po śmierci swojego brata pan Andrzej Kwaśniewski.

W Opolu o mogącym się pochwalić niesamowitym dryblingiem piłkarzu pamięć nigdy nie zginie. Na jego pogrzebie pojawili się dawni koledzy z boiska, którzy nie szczędzili łez. – Był niekwestionowanym liderem naszego zespołu. Oprócz tego, że świetnie grał w piłkę, był również takim łącznikiem, spoiwem, które łączyło prezesów, trenera i zawodników. Jako lider się bardzo świetnie spisywał na boisku. Był również takim naszym liderem można powiedzieć poza boiskiem w pozytywnym tego słowa znaczeniu. No niestety, będziemy musieli go pożegnać i z tym się pogodzić – wspominał swojego kolegę inny znakomity zawodnik Wiesław Korek.

Opole przyjęło Zbigniewa tak gościnnie, że ten w zamian podarował całej Opolszczyźnie swój wielki talent, wielką młodość, ale i klasę. Takich piłkarzy potrzeba dzisiejszej Odrze.

Dziękujemy za pomoc przy napisaniu tego artykułu Joachimowi Szczepankowi, Ryszardowi Wysockiemu i Mariuszowi Łańcuckiemu.