Przyjeżdża do nas gwiazda hokeja na lodzie. Wywiad z Mariuszem Czerkawskim

W sobotę 7 grudnia na lodowisku „Toropol” przy ul. Barlickiego zostanie rozegrany III turniej eliminacyjny „Czerkawski Cup 2020”.

Dariusz Król

To już szósta edycja imprezy organizowana przez najlepszego polskiego hokeistę w historii – Mariusza Czerkawskiego. Były zawodnik klubów najlepszej hokejowej ligi świata – NHL po zakończeniu kariery promuje hokej w naszym kraju, a jednym z elementów tego jest właśnie ten cykl turniejów dla dzieci. W obecnej edycji biorą w nich udział zespoły złożone z zawodników z rocznika 2010 i młodszych. W planie są trzy turnieje eliminacyjne. Dwa już są za nami. Odbyły się w Krynicy i Elblągu, a ten w Opolu jest trzecim i ostatnim. Z każdego do turnieju finałowego awansują po trzy najlepsze zespoły. Awans z turnieju w Krynicy wywalczyły: Podhale Nowy Targ, KTH Krynica i Unia Oświęcim. Z turnieju w Elblągu zakwalifikowały się: ŁKH Łódź, Olivia Gdańsk i Legia Warszawa. Turniej finałowy odbędzie się w Warszawie na Stadionie Narodowym.

Turniej na Toropolu rozpocznie się w sobotę 7 grudnia o godz. 10.15. Do godz. 14.10 trwać będzie runda eliminacyjna, a od godz. 16.00 do 17.30 runda finałowa.

W zmaganiach weźmie udział 10 zespołów, które podzielono na dwie grupy. W grupie A zagrają: Zagłębie Sosnowiec, MOSM Tychy, Naprzód Janów Katowice, Zryw Ruda Śląska i WTH Wrocław. W grupie B znalazły się: Orlik Opole, GKS Jastrzębie, Polonia Bytom, GKS Katowice oraz KS Cieszyn.

————————————————————————————————————————

Poniżej wywiad z Mariuszem Czerkawskim

Sport to moje szczęście

Podobno do NHL trafia średnio jeden na trzydzieści tysięcy dzieciaków z Kanady, więc zahaczenie się w tej lidze jest niesłychanie trudne.
– Rzeczywiście wywiera się tam wielką presję na dzieciach. Jak rodzi się syn, to ma zostać hokeistą NHL. Najlepiej Sydneyem Crosbym lub Waynem Gretzkym. A przecież miejsc jest raptem dla 700 zawodników z całego świata.

Tym większy szacunek, że udało się to kiedyś młodzieńcowi znad Wisły.
– Dobrze, że nie znałem tych statystyk. Póki co, udało się to tylko dwóm Polakom urodzonym i wychowanym w Polsce. Mnie i Krzysztofowi Oliwie. Prawda jest jednak taka, że ja na szczęście nie marzyłem wtedy o najlepszej hokejowej lidze świata. Chciałem reprezentować klub i być w kadrze Polski. W tamtym czasie NHL się nawet nie pokazywało w telewizji. Jak już miałem 16 lat to zacząłem myśleć o wyjeździe na Zachód. I niedługo później trafiłem do mistrza Szwecji, Djurgarden Sztokholm. To był dla mnie o wiele większy skok sportowy niż mógłbym się spodziewać.

Mijają lata, a Mariusz Czerkawski pozostaje największą gwiazdą polskiego hokeja. Ma Pan świetny kontakt z dziećmi i bardzo młodymi ludźmi, którzy jedynie sięgając np. do youtube mogą zobaczyć Pana w akcji.
– Dlatego kilka lat temu wydałem książkę „Życie na lodzie”. Już się dawno rozeszła, ale mam trochę własnego zapasu i udaje mi się tu i tam podarować ją dzieciakom. Czytają z ciekawością, a rodzice zawsze coś im o mnie dopowiedzą.

Odwiedzi Pan nasze miasto, a okazją jest kolejna już edycja turnieju Czerkawski Cup. Proszę opowiedzieć o tej ciekawej inicjatywie?
– Zainicjowało ją nasze stowarzyszenie Sport 7, utworzone przez czterech olimpijczyków, czyli mnie, Wojtka i Andrzeja Tkaczów oraz Dariusza Garbocza. Wspólnie od lat organizujemy turnieje. Zarażamy dzieci pasją do hokeja, ale też do zdrowej i sportowej rywalizacji. Są to trochę nieoficjalne mistrzostwa Polski w grupie wiekowej do lat 10. Przy okazji prowadzimy zawsze pokazowy trening. Organizujemy trzy turnieje eliminacyjne w roku, z których po trzy najlepsze zespoły przyjeżdżają na finały rozgrywane na Stadionie Narodowym. Teraz pora właśnie na rywalizację w Opolu. W Stolicy Polskiej Piosenki byłem już kilka razy, m.in. uczestniczyłem w pokazowym meczu hokejowym.

Młodzież pyta mistrza jak postępować, aby realizować sportowe marzenia?
– Tak, a ja zawsze odpowiadam, aby robić to, co się lubi. Wydaje się to bardzo proste jeśli potrafisz odnaleźć swoją pasję. Mnie się kiedyś udało. Zupełnie przypadkowo, bo tato zabrał 8-letniego szkraba na mecz hokejowy GKS-u Tychy. Byłem pod wrażeniem i z marszu poprosiłem rodziców, aby zapisali mnie do szkółki hokejowej. Jeżeli kochamy to co robimy, chcemy temu poświęcać czas, wierzymy w swoje umiejętności, a na dodatek ciężko trenujemy, to jest szansa, aby spełnić swoje marzenia.

Podczas turniejów Czerkawski Cup niezmiennie szuka Pan swojego godnego następcy?
– Widzę sporo utalentowanych dzieciaków, ale na razie są jeszcze mali. Kluczowe lata dopiero przed nimi. Sukces zależy od wielu rzeczy. Jak nie mamy mocnej głowy to „siądzie” nam psychika. Jak zabraknie nam tzw. fizyki, czyli nie jesteśmy szybcy i silni, to przeciwnik okaże się od nas lepszy. Jak nie mamy odpowiedniego przeglądu lodowiska, to prędzej czy później zacznie nam to przeszkadzać, a rywal wykorzysta tę ułomność. We wszystkich hokejowych aspektach trzeba być w miarę dobrym, a przynajmniej z jednej dziedziny wybitnym.

A Pana atuty?
– Zawsze chwalili mnie za bardzo dobrą jazdę na łyżwach i umiejętność strzelenia bramki. Znalezienia kawałka luki w bramce. Trudno tego nauczyć i wytłumaczyć skąd to wiesz.

Pamięta pan okoliczności przeprowadzki do najlepszej ligi świata?
– Miałem 22 lata, ale trzy lata wcześniej wyjechałem do Szwecji. Sam jak palec i bez znajomości języka. A wokół mnie nowi zawodnicy, w dodatku dużo lepsi ode mnie. Szwedzi byli wtedy największą hokejową potęgą w świecie. A inauguracji w NHL oczywiście nie zapomnę. Pierwszy mecz graliśmy w Boston z Tampa Bay Lightning. Hymn amerykański na środku lodowiska zrobił na mnie niebywałe wrażenie.

A pierwsza bramka?
– Strzeliłem ją dla Boston Bruins w swoje 22. urodziny. 13 kwietnia 1994 roku w meczu wyjazdowym z Ottawa Senators w 39. minucie na 4-0 po asyście Adama Oates’a. Wygraliśmy wtedy z „Niedźwiadkami” aż 8-0. Takich momentów się nie zapomina.

To prawda, że mógł pan zostać w NHL wcześniej, ale postanowił wrócić do Szwecji? Marzącym o najlepszej lidze świata wydaje się to nieprawdopodobne.
– Rzeczywiście, pojechałem na zgrupowanie, na które zabiera się wcześniej zaproszonych zawodników. Trener Boston Bruines powiedział mi: „podoba nam się to co widzimy i jak chcesz, to możesz u nas zostać”. Oczywiście wcale nie musiało to oznaczać, że z marszu trafię do NHL. Ja jednak miałem jeszcze dwuletni kontrakt z Djurgarden i w tamtych czasach (1992 rok – przyp. red.) nie było możliwości rozwiązania go. Gdybym go wtedy zerwał najpewniej zawiesiliby mnie i nie mógłbym występować w reprezentacji Polski.

Była obawa, że wymyka się panu sportowa szansa życia?
– Tylko trochę i przez chwilę, bo znałem swoją wartość i wiedziałem, że jak ostro potrenuję w Szwecji rok, dwa, to mogę mieć nawet jeszcze lepszą wyjściową sytuację do negocjacji umowy w NHL.

Jak młody chłopak radził sobie sam daleko od domu? Najpierw w Szwecji, a potem za Oceanem?
– Bez języka jest szalenie trudno… Przeżyłem wiele samotnie spędzonych godzin w domu, w restauracji, szkole, nad słownikiem. Zostawiłem przecież przyjaciół, kumpli i z dnia na dzień nie mogłem się do nikogo odezwać. Dopiero po kilku tygodniach wreszcie zacząłem rozumieć co do mnie mówią.

Pieniądze w tak młodym wieku nie zawróciły panu w głowie?
– Na początku nie miałem wielkich pieniędzy. Do Szwecji pojechałem jako junior i zarabiałem tyle, co przeciętny pracownik w tym kraju. Oczywiście to były pieniądze większe niż gdybym zarabiał w Polsce, ale ja przecież tam żyłem i tam je wydawałem. W Stanach oczywiście już było inaczej, ale już dorosłem, więc pierwszych pieniędzy nie wydałem od razu na samochód, ciuchy czy wylot pierwszą klasą na Hawaje. Raczej je zbierałem pamiętając, że ta piękna przygoda z różnych powodów może się w każdej chwili skończyć, a żyć przecież trzeba dalej.

To prawda, że nowy zawodnik w klubie powinien wykazać się jakimiś bójkami w czasie meczu? Często pan w nich uczestniczył?
– Oczywiście nowicjuszy trochę się zaczepia na lodzie. Tak jak pewnie w szkole, klasie czy w… wojsku. Sprawdzają twardość gościa. Nie możesz więc pokazać, że jesteś miękki, nawet gdybyś miał oberwać na początku lewym sierpowym.

„Miałem być sportowcem, nie było innej opcji”. Naprawdę nic innego nie wchodziło w grę?
– Zdecydowanie. I nie chodzi tylko o sam hokej. Do sportu, powiem nieskromnie, miałem talent. Mogłem też być piłkarzem, bo jeszcze jako trampkarz byłem zapraszany na obozy GKS Tychy. Uwielbiam grać w tenisa, np. z Wojtkiem Fibakiem, wyrywałem gemy słynnemu Bjornowi Borgowi. Od 10 lat gram w golfa w turniejach i też idzie mi bardzo dobrze. Gdybym więc nie był sportowcem to nie wiem… Talentu do malowania nie mam, tańczyć z gwiazdami mi się nie chce, praca w korporacji niechętnie, a stolarz ze mnie żaden. Myślę, że urodziłem się z duszą sportowca, gotowy do rywalizacji i bardzo ambitny. Także do ciężkiej harówki, biegania, wyciskania ostatnich potów na siłowni. Podporządkowania całego dnia pod treningi. Gdyby nie sport byłbym nieszczęśliwym człowiekiem.

 

Wywiad ukazał się w grudniowym numerze magazynu miejskiego „Opole i kropka” na stronach 26-28. Pełne wydanie magazynu w wydaniu elektronicznym w linku poniżej.